Co Poniatowa miała wspólnego z Kolorado ?

Obóz Pracy w PoniatowejPrezentujemy Wam rozmowę Aleksandry Zińczuk z Seweryną Gontarczyk, byłą nauczycielką szkoły podstawowej w Poniatowej, która opowiada swoje losy poprzez pryzmat II Wojny Światowej. Zachęcamy do lektury, która pozwoli Wam dowiedzieć się dlaczego zaraz po likwidacji Hitlerowskiego Obozu Pracy nasze miasto było nazywane polskim Kolorado.

„Nazywam się Seweryna Gontarczyk. Urodziłam się 13 lutego 1929 roku w rodzinie na Wólce Komaszyckiej, dawnym powiecie Puławy.
Byłam nauczycielką szkoły podstawowej, liceum ogólnokształcącego w Poniatowej. Pracowałam 40 lat. Przez 15 lat pełniłam funkcję pedagoga szkolnego.

WOJNA

Kiedy wojna się zaczęła miałam 10 lat. Żydzi mieszkali blisko naszego domu, około 500 metrów tu, na Budzyniu, w Chodlu, 3 kilometry od naszego domu. Rodzice znali wszystkich. Żydzi przyjeżdżali z Warszawy. Kobiety handlowały. Przywoziły różne stare palta, płaszcze i [na] przeróbkę. Mnie też uszyli piękne palteczko, zielony kolor, z białego królika miałam kołnierz i mufkę.
Żydzi uciekali do wiosek, żeby się skryć. U nas w domu rodzice przyjęli kilku mężczyzn, krawców młodych. U nas było bezpieczniej, bo ojciec był sołtysem. Nawet sąsiadki, panny dwie u nas codziennie nocowały, bo zabierali do Niemiec młodych. Młodzi Żydzi szyli przez cały sierpień, wrzesień, październik, listopad. Zrobili im warsztat rodzice w stodole, tak na uboczu, żeby nikt nie mógł zauważyć. To szycie to było takie po prostu jak przeróbka, bo nie było wtedy materiałów.
Często uciekali z Budzynia Żydzi, a nieraz i z Chodla. Kryli się. Kilka razy mama otworzyła rano drzwi, a oni przytuleni (przeważnie Żydówki z dziećmi), nie chcieli wieczór mówić, żeby nie narazić gospodarzy na niebezpieczeństwo.

ŻYDZI

Nocowali gdzieś w kącie. Jak wieczorem nie były zamknięte drzwi, to weszli do sieni, a rano znajdował ich ojciec czy matka. Nieraz dostali jeszcze jedzenie.
Był [też] stolarz, starszy Żyd, miał może z siedemdziesiąt kilka lat, robił nam piękne meble, też przez 4 czy pięć 5. Narobił nam pięknych stołów, łóżek, szafek. Miał brodę dużą, długą. Codziennie wieczór modlił się, miał przyrządy do modlitwy. Jeść też dostawał. Prosił, żeby mu gotować oddzielnie, nie chciał jeść ze słoniną, bo religia ich tak nakazuje. Pewnego razu ja pomyliłam się i wzięłam jego łyżkę. Bardzo rozpaczałam, mało języka sobie nie wyrwałam, brzydziłam się, bo miał brodę. Śmiali się ze mnie, ale później się przyzwyczaiłam. Nikt mu nie dokuczał, bo miał też dużo zajęcia.
Nie dostawał pensji. Może płacił mu tatuś, ale za jedzenie i za wszystko nie płacili ani ci krawcy, ani ten starszy pan. Szyli, śpiewali sobie w stodole. Byli bardzo zdolni. Przychodzili jeszcze i ze wsi ludzie. Też im przeróbkę robili.
Cały czas u nas mieli schronienie. Ojciec był sołtysem. Kiedy Niemcy przyjeżdżali, pytali na przykład, gdzie jest młodzież, bo chcieli zabrać na roboty do Niemiec, ojciec [mówił], że nie ma takich osób, a oni byli zamknięci tam gdzieś.
Nie wiem, gdzie się ukrywali. Rodzice nic nie mówili. Przeważnie w stodole, a ten Żyd to spał w domu w oddzielnym mieszkaniu, w pokoju na zapleczu.
W stodole byli prawie do grudnia. Przez całą jesień do grudnia matka była narażona. Pilnowała, dyżurowała, bała się. Gotowała im [to samo] co nam. Młodzi nie przestrzegali z tym gotowaniem (z mięsem, czy bez mięsa, czy ze słoniną), tylko ten starszy pan, Żyd. Nie pamiętam, jak się nazywał. Może Gawercer… Koleżanka widziała, jak za ladą zastrzelili go Niemcy w Chodlu, kiedy sprzedawał.
Jak widzieli, że gdzieś już do getta zabierają, to uciekli dalej na wieś. I tam gdzieś się skryli. Później poszli do partyzantki. Mieszkali u jakiegoś pana Białka. A jak Niemcy dowiedzieli się, że tam właśnie oni są, zaczęli strzelać i podpalili stodołę. Wszyscy zginęli.

OBÓZ

Był obóz pracy w Poniatowej. Mamusia gotowała zupy, [a ja] chodziłam ze starszymi dziewczynami, nosiłam zupę, placki [z] kluskowego ciasta [robionego] na fajerkach, na płycie. To można było zanieść… Chleb się nosiło. Codziennie chodziły tam kobiety z pobliskich wiosek. Oni za to płacili. Który miał pieniążki, to zapłacił, zjadł zupę, przyjął placki i poszedł sobie. Spokojni byli. A kto nie miał pieniędzy, to głodował. Ja też nosiłam kilka razy. Mamusia puściła mnie pod warunkiem, że nie wezmę pieniędzy. I nie wzięłam. Koleżanka też chodziła. Kiedyś zgubiła pieniądze, co jej zapłacili. Później bała się, bo widziała, jak Niemcy strasznie bili jednego Żyda i zastrzelili go.
Ze trzy razy, czy cztery byłam.
Chodziłam jeszcze później, kiedy już obóz ze starszymi mężczyznami był zlikwidowany. Mamusia nie wiedziała, że poszłam. Cały dzień mnie szukali. Widziałam, jak wykopywali złoto po Żydach. Natrafili na takie miejsce – cały plik włosów. Przekopali ich w tych rowach, [gdzie] do nich strzelali. Z innych wsi [przy]chodzili: z Plizin, z Dąbrowy. Ale tam na miejscu [w obozie] nie można było [przesiewać]. Wykopywali ziemię i w workach nosili przez Plizin. Na Plizinie rzeczka płynie. Tam na sitach specjalnych przelewali [ziemię] wodą. Jak był ząb, czy jakiś pierścionek, czy może jakiś brylancik, to zabierali.

To było zaraz po wyzwoleniu. Ci biedni mówili, że to Kolorado, polskie Kolorado, że tam złoto.


Data złożenia relacji: 2007 rok
Nagrała: Aleksandra Zińczuk

Źródło: sprawiedliwi.tnn.pl