Aby zdrowie było! Rozmowa z Romanem Kosylem.

Roman w siłowni, 2011, fot. R.K.Jakiś czas temu, na łamach naszego serwisu opublikowaliśmy interesujący wpis na stronie pana Jana Włodarka jwip.pl nt. kulturystyki w Poniatowej. Tak się szczęśliwie złożyło, że naszą stronę odwiedziła jedna z osób prowadzących ten serwis i nawiązała kontakt z nami na naszym forum. Dzięki temu dialogowi doszło do spotkania pana Jana Włodarka z mieszkańcem Poniatowej, panem Romanem Kosylem, jednym z najlepszych polskich kulturystów w latach 1987-1991. Poniżej, dzięki uprzejmości pana Jana prezentujemy poniżej wywiad z Romanem Kosylem. Serdecznie zapraszamy do lektury.

Z Romanem Kosylem z Poniatowej – jednym z najlepszych polskich kulturystów w latach 1987-1991, wielokrotnym Mistrzem Ludowych Zespołów Sportowych, rozmawia Jan Włodarek.

 

 

 

 

Roman Kosyl w siłowni, 2011, fot. R.K.

Roman Kosyl w siłowni, 2011, fot. R.K.

 

 

 

 


Kiedy zobaczyłem Twoje kulturystyczne zdjęcia przesłane do JWIP.PL, wydało mi się, że zrobiono je w latach 80 – tych, a one są sprzed dwóch miesięcy. Czy to Twój trening spowodował, że masz „wieczną” sylwetkę?

Miło mi to słyszeć. Ćwiczę od wielu lat, czas szybko upływa, lecz ja ciągle noszę ubrania w rozmiarach, które miałem w okresie startów w zawodach. W obwodzie talii mam teraz trochę mniej. Oprócz ćwiczeń fizycznych jest wiele innych powodów, dla których moje mięśnie „trzymają się dobrze” i których do końca nie znam. Ładną sylwetkę można mieć przecież do późnej starości, ale męska twarz na ogół odzwierciedla wiek i tak też jest w moim przypadku.

Jesteś uzależniony od ćwiczeń kulturystycznych?
Nie są to narzędzia mojej pracy, ani też sposób na zarabianie i utrzymywanie rodziny. Bez nich mógłbym funkcjonować. Zajmuję się różnymi sprawami, nie mam czasu na nudę, zaś ćwiczenia są dla mnie w pewnym stopniu jakimś pozytywnym przyzwyczajeniem, które na różnych etapach życia ograniczałem. Zawsze jednak potrafiłem oddzielić ćwiczenia od ważnych spraw związanych z rodziną i walką o jej byt.
Upłynęło ponad ćwierć wieku, gdy pierwszy raz chwyciłeś za sztangę i ćwiczysz nią do dziś, czyli warto było.
Nieraz zadaję sobie pytanie, czy czas, który przez ostatnie 25 lat mojego życia poświęciłem na trening kulturystyczny, można byłoby wykorzystać inaczej, np. na zarabianie pieniędzy, edukację oraz inne czynności dające korzyści materialne. Za każdym jednak razem dochodzę do przekonania, że trening jest dla mnie jak powietrze, jak stan uwielbienia kobiety, który to stan potrzebny jest prawdziwemu mężczyźnie. W moim przypadku – to uczucie do mojej wspaniałej żony i dzieci, a to przekłada się pozytywnie na mój relaks psychiczny i dobre zdrowie. Bardziej to cenię od pogoni za dobrami materialnymi. Jakbym swoje życie miał cofnąć do roku 1985, w którym to czasie odbywając służbę wojskową pierwszy raz wyciskałem sztangę, jednak bym to powtórzył.

Zaskoczyła mnie Twoja odpowiedź, sądziłem, że będziesz uzasadniał swoje przywiązanie do treningu tym, że daje on masę mięśniową, siłę, rozbudowuje poczucie własnej wartości itp.
Są to również wartościowe korzyści wynikające z systematycznych treningów. Ale z biegiem upływu lat nadrzędnym staje się zdrowie, od którego zależy aktywność psychiczna i fizyczna. Doświadczyłem już sukcesów i porażek, przeżyłem lata wyrzeczeń i walki o byt rodziny. Od wielu lat ćwiczę kulturystykę dla siebie, ale już dawno zaniechałem modnego dzisiaj budowania masy mięśniowej i siły. Trenuję rekreacyjnie dla zdrowia. Przypuszczam, że to może być trudne do zrozumienia przez tych małolatów, którzy na kulturystykę patrzą przez pryzmat „szprycowania się” sterydami i wielkiej masy.

Roman Kosyl – mistrz LZS. Poniatowa, 1988 r.

Roman Kosyl – mistrz LZS. Poniatowa, 1988 r.


Na kontrowersyjny temat spożywania sterydów porozmawiamy później. Teraz przypomnij swoje ważniejsze osiągnięcia w zawodach kulturystycznych.
Po dwóch latach systematycznych treningów w czasie odbywania zasadniczej służby wojskowej, w 1987 roku brałem udział w ogólnopolskich zawodach „Debiuty” – przeprowadzonych w Lublinie i zwyciężyłem w kat 80 kg. Później przez następne 4 lata startowałem w ważniejszych zawodach ogólnopolskich, tym Mistrzostwa Polski i Mistrzostwa LZS. (m.in. Gorzów Wlkp., Piła, Bełchatów, Olsztyn, Poniatowa, Lubin, Nałęczów, Mrągowo). Ponadto brałem udział w zawodach zagranicznych (Tiumeń, Poprad, Berlin). Większość tych zawodów wygrałem, a w pozostałych byłem w finale.

A z zawodów zagranicznych, które najbardziej zapadły ci w pamięci?
Fantastyczną przygodą były międzynarodowe syberyjskie zawody za Uralem w Tiumeniu. To 2,5 tys. kilometrów od Warszawy. Najpierw jechaliśmy pociągiem do Moskwy, a stamtąd pierwszy raz życiu – lot samolotem, był to Tu -110. Po wyładowaniu gościnne przywitanie i przejazd do hotelu w asyście uzbrojonego oddziału specjalnej jednostki milicji Omon. Do dziś wspominam te wspaniale zorganizowane zawody i warunki pobytu zapewnione nam przez Jewgienija Kołtuna. Była też całodzienna wycieczka statkiem i bankiet. Powrót do kraju miał także swój niezapomniany urok. W dniu planowanego powrotu nie było samolotu i dobrze się stało, bo następnego dnia po przylocie do Moskwy nie było już pociągu do Warszawy, więc troskliwi organizatorzy zakwaterowali nas na statku w centrum Moskwy i tak mieliśmy dodatkowo wycieczkę po stolicy Rosji.

Do domu dojechaliście zmęczeni?
Przeciwnie, podróż „przeleciała” nam szybko, było sympatycznie i wesoło. Nasza gwiazda ludowej kulturystyki – Halina Kunicka z Gorzowa Wlkp. wytworzyła dobrą atmosferę, która udzieliła się całej ekipie. Miała Halina powody, aby być w skowronkach. Nadmierne zainteresowanie się nią ze strony zagranicznych zawodników i publiczności mogło ją zauroczyć, jak każdą kobietę. Pozostali członkowie zespołu LZS również byli zadowoleni, nawet dwóch kulturystów, którzy doznali uroków gościnności ze strony chińskich zawodniczek i postanowili z nimi pojechać do Szanghaju, a ostatecznie zostać na Syberii. Wrócili, ale dzięki Panu (śmiech!).

Było wesoło, bo szampana, kawioru i innych pyszności, niedostępnych wówczas w kraju, było więcej niż wody. Ale …
Trzymałem fason, lecz byłem trochę oszołomiony tym, co mnie wówczas otaczało, poczułem się nienaturalnie ważnym i docenianym. Może nawet nadmiernie się tym się przejąłem. Naturalnie w tej nietypowej sytuacji musiałem skupić się na samym starcie w zawodach. Następnego dnia, po zakończeniu zawodów, już byliśmy w Moskwie; ochłonąłem i zadowolony wracałem do domu.

Na większości tych zawodów obserwowałem Twoją walkę o medalowe miejsce. Który ze swoich sukcesów najbardziej cenisz?
Dobrze pamiętam, jak Pan dbał o chłopaków z LZS-u i organizował wyjazdy na zawody. Należałem do kadry ludowych kulturystów i na każde ważniejsze zawody Pan powoływał mnie do reprezentacji LZS-u. Moimi najważniejszymi sukcesem są tytuły mistrza Zrzeszenia Ludowe Zespoły Sportowe, które odbyły się w: Nałęczowie, Poniatowej, Gorzowie Wlkp., Mrągowie i Olsztynie. W mistrzostwach Polski (Bełchatów 1988 i Wałbrzych 1990) zająłem czwarte miejsce w kat 90 kg.

Obiektywnie oceniając twoje starty w Mistrzostwach Polski muszę powiedzieć, że nie byłeś „pupilkiem” sędziów TKKF, którzy punktowali Twoje pozowanie pod zawodników ze swojego towarzystwa.
Na zawodach TKKF (w tym mistrzostwach Polski) reprezentantowi LZS było trudniej przebić się do czołówki. W moim przypadku na mistrzostwach Polski mogłem zająć drugie miejsce, lecz ono było widocznie przeznaczone dla innego zawodnika. Wkrótce po tych zawodach dowiedziałem się, że sędzina z Łodzi, obsadzana w komisji sędziowskiej prawie na każdych ważniejszych zawodach, w zaciszu pokoju hotelowego dostosowywała swoją punktację do średniej oceny 7 sędziów. Miała taką możliwość, bowiem jej mąż był sekretarzem zawodów i w ten sposób była najlepszą sędziną klasy międzynarodowej przez kilka lat.

Ja to sygnalizowałem. Niezaprzeczalnym faktem jest, że wówczas należałeś do najlepszych kulturystów w swojej kategorii. Miałeś ładną klasyczną sylwetkę bez zbędnych przerostów mięśniowych. Podaj dane antropometryczne i wyniki siłowe z tego okresu.
Nie były one w wielkości imponującej obecnym mistrzom kulturystyki, ale były trwałe; przez wakacje nie ulegały pomniejszeniu, a to dlatego, że wypracowałem je ciężkim treningiem, bez wspomagaczy typu anaboliki. Wzrost -181 cm, waga – 90 kg, biceps – 44 cm, kl. piersiowa – 122 cm, udo – 64 cm, talia – 83 cm. Swój rekord w wyciskaniu sztangi leżąc doprowadziłem do 175 kg, zaś w przysiadzie wykonywałem serie z ciężarem 140 kg i na tym poprzestałem. W podciąganiu na drążku (nachwytem) mój rekord wynosi 40 podciągnięć.

Roman Kosyl – mistrz LZS. Poniatowa, 1988 r. Drugie miejsce zajął Paweł Rabczewski – wielokrotny reprezentant Polski w podnoszeniu ciężarów. Ma on córkę Dorotę- znaną Dodę. Fot. Jan Rozmarynowski

Roman Kosyl – mistrz LZS. Poniatowa, 1988 r. Drugie miejsce zajął Paweł Rabczewski – wielokrotny reprezentant Polski w podnoszeniu ciężarów. Ma on córkę Dorotę- znaną Dodę. Fot. Jan Rozmarynowski


Twoje wejście do rywalizacji z najlepszymi w kraju było dla nich zaskoczeniem. Jak wówczas ćwiczyłeś?
Zwycięstwo w „Debiutach” również i dla mnie było niespodziewane, ponieważ było wynikiem dość chaotycznego, ale intensywnego treningu w wojsku. Później uporządkowałem swoją metodykę treningu, która miała charakter kulturystyczno – atletyczny. Treningi były męczące, ale spoglądając nań teraz muszę o dziwo stwierdzić, że były skuteczne. Starałem się eksperymentować korzystając z tego, co Henryk Jasiak przetłumaczył z zachodnich magazynów dla kulturystów i podawał w gazecie „Wiadomości Sportowe”.


Eksperymenty treningowe były trafione, a ich wyniki prezentowałeś na zawodach.
Mocno ćwiczyłem zmieniając programy treningowe. Po dwudziestu latach nie pamiętam szczegółów tych treningów. A wspomaganie było związane z kuchnią mojej żony, czyli naturalne i zdrowe. Próbowałem rozszyfrować swój organizm. Teraz przypuszczam, że obojętnie jak bym ćwiczył, to będą postępy. Ćwiczyłem intensywnie, więc nie musiałem odchudzać się przed zawodami. Rzeźba mięśni była naturalna. Zresztą kiedyś Pan mi powiedział, że mam talent, a ja uważałem, że mam łatwość modelowania sylwetki, upatrując to w genetyce.


I wówczas ćwiczyłeś w klubie „Atleta”, kierowanym przez Piotra Wójcika. Jak powstał ten klub?
Tutaj słowo klub brzmi poważnie i dostojnie, ale ono jest na wyrost. Wówczas. „Atleta” to była mała sekcja – siłownia LZS-u, lecz już widniejąca w rejestrze Centralnej Komisji Kulturystyki w Warszawie. Na początku był tylko zapał i chęć ćwiczeń oraz pewność, że „Atleta” może funkcjonować w domu Piotrka Wójcika. Szybko wykonaliśmy potrzebny sprzęt do ćwiczeń, posługując się wzorami podpatrzonymi w książkach Stanisława Zakrzewskiego i artykułach Henryka Jasiaka. Budulec sprzętu stanowił złom metalowy z przedsiębiorstwa, w którym pracowało kilku przyszłych atletów. Parę miesięcy później dostrzegł nas dyrektor szkoły Tadeusz Tyszkiewicz, zaproponował korzystanie z sali gimnastycznej. I tam na treningach zbierała się spora grupa entuzjastów kulturystyki z Poniatowej, przychodziły również zgrabne dziewczęta. Wójcik był naszym szefem i instruktorem, a ja i kilku chłopaków już wytrenowanych, jak Lech Walkiewicz, Adam Durka, Dariusz Resztaik, wspieraliśmy jego zapał i starania zmierzające do rozbudowy naszej grupy LZS-u.


Piotr był operatywnym społecznikiem, który dobrze propagował i krzewił kulturystykę.
Starał się. Często odwiedzał władze naszego miasteczka, wpadał do Rady Wojewódzkiej LZS-u w Lublinie, działał społecznie w Centralnej Komisji Kulturystyki Rady Głównej Zrzeszenia Ludowe Zespoły Sportowe w Warszawie. Tworzył prestiż poniatowskich kulturystów, a najlepsi z „Atlety” startowali w zawodach.


Z tego społecznego zaangażowania coś pożytecznego uzyskali kulturyści?
Uznanie władz miasta, rady wojewódzkiej LZS-u i warszawskiej Komisji Kulturystyki przy Radzie Głównej Zrzeszenia LZS-u, dawało nam dużą satysfakcję. Przecież jeszcze pamiętaliśmy, że zaczynaliśmy od podstaw, bez sprzętu, sali do ćwiczeń i pieniędzy. Wielkim zaszczytem było to, że Centralna Komisja Kulturystów LZS-u z Warszawy zaproponowała nam zorganizowanie Mistrzostw LZS-u w kulturystyce. Było to duże wyróżnienie i dla nas wyzwanie, ale dzięki pomocy naszych władz miasta oraz LZS-u impreza została wzorcowo przeprowadzona w kinie „Czyn”. Było reprezentacyjnym miejscem spotkań mieszkańców, a obecnie od wielu lat czeka na gruntowny remont.
Sypały się pochwały, a my z zapałem trenowaliśmy. Była perspektywa dostania się do kadry LZS-u i startu w krajowych i zagranicznych zawodach.


I kto z tego najbardziej skorzystał?
W sensie sportowym to chyba ja. Szybko zdobyłem stałą pozycję kadrze LZS-u. Startowałem w najważniejszych zawodach w kraju i w kilku prestiżowych zagranicą. Zostałem przez Pana wyróżniony dyplomem za krzewienie kulturystyki, który do dziś wisi na sali ćwiczeń, bardzo go sobie cenię. Pozostali członkowie „Atlety” uczestniczyli w zawodach LZS-u, a niektórzy w ogólnopolskich. Najważniejszym dla nas było to, że „Atleta”, stał się miejscem spotkań młodzieży i to nie zawsze „grzecznej”, która zajęła się treningami i wyżywała się ćwicząc sztangą. To, co robiliśmy dla młodzieży, było dostrzegane w mieście i przez władzę, szczególnie szkolne, które w miarę swoich możliwości nam pomagały.


Były jakieś materialne korzyści?
Wówczas o tym, żeby zarabiać na kulturystyce nikt z nas nie myślał. Wszystko wynikało z naszej społecznej pracy. To, co zrobiliśmy, było dla nas, jak np. nowy sprzęt. Instruktorzy Piotrek i ja nie myśleliśmy, aby zbierać składki np. na nasze wynagrodzenie. Zresztą była to duża koleżeńska „paczka”, młodzież ze sobą na co dzień żyta.


Było fajnie, lecz po kilku latach i to się zmieniło.
W kulturystyce wyczynowej bardzo. Nastała zachodnia moda, aby rozmaitymi farmaceutykami wspomagać pracę treningową. Bez „koksu” nie było szans na sukces. Nawet Janusz Woch, ówczesny mistrz Polski, w jednym z wywiadów w wiejskim tygodniku chwalił się, że jego forma kulturystyczna to wynik stosowania dopingu, pod nadzorem lekarza. Wówczas w środowisku naszych najlepszych kulturystów nikt nie mówił, że spożywanie sterydów, to jest jak w „rosyjskiej ruletce”. Będziesz brał, to masy przybędzie, ale zdrowie można stracić. Przyznaję, że nawet zastanawiałem się, aby spróbować. Były to jednak dość trudne dla mnie czasy, trzeba było więcej pracować zawodowo, aby utrzymywać żonę i dwójkę małych dzieci i jeszcze coś odłożyć na konieczne nam mieszkanie.


I zacząłeś się oddalać od wyczynowej kulturystyki?
W warunkach materialnych, którymi dysponowałem, nie mogłem sobie pozwolić na wydatki na przygotowywanie się do sportowej rywalizacji, zresztą już opartej na sterydach. Była też druga przyczyna. Pan przestał szefować Centralnej Komisji Kulturystyki LZS-u i rozpadły się kulturystyczne struktury LZS-u. Zniknęła kadra, zaprzestano organizowania mistrzostw Zrzeszenia LZS-u oraz przysyłania do nas zaproszeń na zawody ogólnopolskie. Staliśmy się białą plamą na mapie Polskiego Związku Kulturystów.


Pamiętam dobrze ten panoszący się okres biurokracji. Mnie również przestało się to podobać, więc zrezygnowałem ze społecznych funkcji wiceprezesa Związku i z szefa Komisji Kulturystów LZS, skoncentrowałem się na pracy zawodowej. A Ty przestałeś trenować?
Brak perspektyw w kulturystyce, szczególnie w LZS-ie, niskie zarobki i widmo utraty pracy zawodowej skłoniło mnie do wyjazdu za granicę. Udałem się do Niemiec i tam przez kilka lat ciężko pracowałem u „Bauera” na jego dużym gospodarstwie rolnym. Miałem jednak czas ćwiczyć w terenie, rzucałem polnymi kamieniami, podciągałem się na gałęziach, wykonywałem pompki na ziemi lub na stołkach oraz na zrobionych z desek poręczach, lubiłem również sobie pobiegać po łąkach. Schudłem kilka kilogramów, ale zachowałem naturalne mięśnie. Zauważył je pracodawca, typowy Niemiec lubiący piwo. Pomamrotał pod nosem, poklepał mnie po plecach, a następnego dnia dostałem znaczną premię i do tego parę niklowanych sztangielek i linę do wspinania. I odtąd na „pobudkę” każdego ranka wspinałem się po tej linie po kilka razy siłą samych rąk.
To była szansa na godziwy zarobek?
Wykorzystałem ją. Pracę, choć w nie moim zawodzie, wykonywałem sumiennie. Z natury nie jestem chorowity, a trening kulturystyczny jeszcze bardziej wzmocnił moją odporność organizmu. Mogłem więc pracować na powietrzu w różnych warunkach atmosferycznych i to zostało docenione przez pracodawcę. Dobrze mi płacił, a że byłem oszczędny, to uciułałem sumkę na kupienie w Poniatowej nowego mieszkania.


Wróciłeś do kraju, jak wielu innych, z przekonaniem, że w Polsce biednie, ale w domu najprzyjemniej?
Z zawodu jestem; ślusarzem – frezerem metali, więc udało mi się powrócić do państwowego przedsiębiorstwa produkującego agregaty do lodówek. Zatęskniłem za ćwiczeniami kulturystycznymi, lecz w okolicy nie było siłowni. Wkrótce na osiedlu wypatrzyłem małą salkę, odpowiednią do ćwiczeń. Wówczas już nie dawano nikomu nic za darmo, więc skrzyknąłem się z kilkoma kolegami z nieistniejącego klubu „Atleta” i wynająłem tę salkę. Nie wiedziałem, że sąsiednie pomieszczenie zajmuje „czadujący” zespół muzyczny, który dzień w dzień dawał zdrowo po uszach mieszkańcom okolicznych bloków. Wkrótce trzeba było szukać nowego pomieszczenia na siłownię, bo mieszkańcy mieli dość głośnych muzyków i przy okazji grzecznie nas wyprosili.


Czy była powtórna próba?
Nie było łatwo uzyskać inne pomieszczenie. Znaleźliśmy nawet kilka, lecz ich właściciele odmawiali nam wynajmu, ponieważ bali się, że ćwiczący będą zakłócać spokój mieszkańcom. Tylko. dzięki wsparciu pani burmistrz Lilli Stefanek mamy siłownię, a młodzież nie snuje się znudzona po ulicach i nie przesiaduje na klatkach okolicznych bloków mieszkalnych. W ten sposób w Poniatowej nastąpiła reaktywacja hasła Stanisława Zakrzewskiego „Siła, Sprawność, Piękno i Zdrowie”. Nowa siłownia mieści się w budynku Zarządu Dróg. Są dwie salki, w których codziennie w godzinach 7.00 – 23 ćwiczy około 40 osób. Ja jako społeczny szef ze symbolicznych składek ćwiczących pokrywam miesięczną opłatę za wynajem (sala, woda, prąd elektryczny). Jestem w siłowni jedynym instruktorem.


A co z pracą zawodową?
Państwowe przedsiębiorstwo upadło. Teraz pracuję w firmie zagranicznej specjalizującej się w produkcji bardzo precyzyjnych form do wykonywania plastikowych butelek do napojów. Po pracy wracam do domu, a wieczorem ćwiczę, jak za dobrych lat.


W Twojej siłowni ćwiczą wyczynowcy?
Nie, są tylko rekreacyjni kulturyści trenujący z przyjemnością dla siebie. Przeważnie młodzież szkolna. Jest też kilku weteranów sportów siłowych z pobliskiego osiedla mieszkaniowego, z których wyróżnia się Darek Kot o budowie atlety, Marcin Bajnuk i kilku innych ćwiczących ponad 10 lat.


Młodzież decydując się na wykonywanie ćwiczeń siłowych spodziewa się, że szybko zyska duże mięśnie i siłę, a to bez wspomagania nie jest możliwe. Czy zwracają się do Ciebie z pytaniami dotyczącymi szkodliwych dla zdrowia środków „na masę i siłę”?
Prawie każdy małolat pukający pierwszy raz do drzwi siłowni wie z Internetu albo od kolegów, że można przyspieszyć budowę mięśni. W siłowni nie ma klimatu dla ”koksu”, więc szybko dowiadują się, że u mnie bez wspomagania ładnie modeluje się mięśniami sylwetkę, trwa to dłużej, lecz uzyskane efekty są trwałe i zdrowe. Trafiają się niedowiarki, które koniecznie chcą spróbować sterydów. Takim mówię, że za rogiem jest apteka, w której sprzedają to, czego pragną. Jedni już na wstępie rezygnują z ćwiczeń i już się nie pokazują. Inni zaś naiwni udają się do apteki, a jeszcze szybciej z niej wracają obrugani przez panią magister. Niektórych z nich daje mi się przekonać, że sterydy mogą zniszczyć im zdrowie. I z tego mam zadowolenie.


A jak Ty teraz jak ćwiczysz?
Krótko, ale bardzo intensywnie. Przeważnie 2-4 razy w tygodniu po 60-70 minut. Trening jest wszechstronny, cykle treningowe zmieniam co 6 tygodni. Każdy z nich ma inny cel. Dużą wagę przykładam do racjonalnego i zdrowego odżywiania. W moim wieku trening ma być przede wszystkim przyjazny dla mojego organizmu. Chodzi o utrzymanie estetycznie zbudowanej sylwetki i „szlifowanie” jej, czyli pogłębianie rzeźby (definicji) mięśni. Podobnie ćwiczą moi podopieczni i oni nie mają potrzeby „szprycować” się chemią. A wyniki uzyskujemy satysfakcjonujące.


Jesteś naturalnym kulturystą, a jakie obecnie masz dane antropometryczne i wyniki siłowe?
W porównaniu do rekordowych moich obwodów mięśni i wyników siłowych jest różnica, wynikająca z rekreacyjnego traktowania treningu. I tak: waga – 82 kg, biceps – 43 cm, obwód kl. piersiowej -118 cm, udo – 59 cm, pas – 82 cm. W leżeniu wyciskam 130 kg, a przysiad wykonuję z ciężarem – 140 kg.


Jak na 51-letniego kulturystę wyniki masz imponujące, a sylwetka zasługuje na medal w mistrzowskich zawodach dla weteranów. Masz zamiar zmierzyć się z nimi?
W ostatnich latach kilkakrotnie namawiano mnie do powrotu na kulturystyczną arenę. Te zaproszenia mile łachoczą moje ego. Oglądając zdjęcia najlepszych weteranów nieskromnie powiem, że mam szansę na dobre miejsce. Nie czuję jednak potrzeby i nie mam już duchowego zapotrzebowania na sukcesy sportowe. Kilkakrotnie doznałem już „smaku” zwycięstwa i wystarczy. Teraz mam się smarować mazidłem „na czarno albo na złoty brąz” i napinać mięśnie, pokazując w ten sposób, jaki ze mnie „Apollo”! Nigdy! (śmiech!).


Ale kiedyś reprezentując LZS, też byłeś bardzo skromny i jednak pokazywałeś swoje mięśnie.
Byłem młody, a dziś z przyprószoną siwizną głową nie przystoi już „tańczyć w pozach” w świetle jupiterów przed widownią entuzjastów mięśni. Chyba, że ogolę głowę i posmaruje ją jak resztę ciała (śmiech). Jeśli kiedyś wystartuję, to z takimi jak ja, stroniącymi od szkodliwego dla zdrowia wspomagania, może w zawodach naturalnych kulturystów.


Co sądzisz o współczesnej wyczynowej kulturystyce?
Jest to sport niszowy, zamknięty hermetycznie w swoim środowisku. Jego pozycja w hierarchii naszych dyscyplin sportowych, jak się wydaje, winna być wysoka w społeczeństwie, ponieważ na każdych mistrzostwach poza granicami kraju są medale. Pomimo tych osiągnięć kulturystyka wyczynowa jest w samym ogonie dyscyplin sportowych. Nie jest dostrzegana przez poważne media. Uprawianie jej jest bardzo kosztowne, a uzyskiwana pomóc wyczynowych kulturystów ze strony związku kulturystów wręcz śmieszna, albo jej nie ma. I zostaje doping, podkopujący zaufanie ze strony społeczeństwa do tego sportu. Kojarzy się z anabolikami. I to jest dla mnie, bardzo nieprzyjemne, gdyż ja i wiele tysięcy trenujemy dla siebie i zdrowia. Dlaczego więc i nas uważa się za tych, co łykają pigułki kilka razy dziennie?


Raczej tak nie jest, bo nie każdy z ćwiczących bez potrzeby eksponuje swoje mięśnie i kupuje sobie kilku puszek z kulturystyczną strawą.
To prawda. Moi sąsiedzi i znajomi od lat nie mają takich przypuszczeń, bo wiedzą, że ćwiczę dla zdrowia i psychicznego relaksu, ale inni po zapoznaniu się z moimi osiągnięciami, skwitują je np. w Internecie „pewnie brał i bierze”. Szczególnie na forach kulturystycznych często widzi się podobne stwierdzenia lub komentarze kierowane do ćwiczących weteranów, którzy w wieku 60 lat lub nawet starsi – np. wyciskają leżąc sztangę o wadze ponad 130 kg albo wykonują przysiad z ciężarem 150 kg. Wynika to pewnie z zazdrości i niedowierzania, że bez „koksu” ćwiczą ci w zawansowanym wieku, którzy siłą i jakością mięśni deklasują nawet o 30 lat młodszych od siebie. A co do puszek, to kupuję je regularnie lecz one są małe i z pokarmem dla moich rybek.


Oj, pewnie kogoś tym zdenerwujesz!
Ale to prawda, jak i to, że ja nie mam zamiaru nabijać kasy tym, którzy produkują, reklamują i sprzedają „cudowne” środki na masę, rzeźbę itd.

Roman Kosyl z rybkami. Poniatowa 2011. Fot. Jan Włodarek

Roman Kosyl z rybkami. Poniatowa 2011. Fot. Jan Włodarek

 

Praca zawodowa, trening i inne obowiązki pochłaniają dużo czasu. Zostaje Ci go trochę na wypoczynek?
Z tym bywa różnie. Rytm dnia codziennego, a szczególnie praca zawodowa wymusza, że czas odpoczynku i relaksu jest w niedzielę. W powszechne dni, jak się uda, to dwie godziny mogę poświęcić na obejrzenia filmu, lub wizytę u przyjaciół. Codziennie karmię egzotyczne rybki w akwarium i z przyjemnością przyglądam się im, czytam gazety i książki.
Dziękuję za rozmowę.

 

Jan Włodarek, kwiecień 2011, www.jwip.pl
Dla e- Poniatowa.pl za zgodą autora.
Oryginalny tytuł: „Życie w ruchu – dla zdrowego ciała”.